wtorek, 29 kwietnia 2014

Rozdział 22

*Oczami Louisa*

Udało się znam jej imię!!! I siedzę z nią w jednym samochodzie. Całe szczęście, że to jej młodsze rodzeństwo, chociaż chwila Violetta(tak ma na imię, już to wiem) powiedziała, że Kristen to jej „tak jakby córka” trzeba to wyjaśnić. Spytałem więc:
-Violetta, bo Ty mówiłaś, że Kristen to Twoja „tak jakby córka” może jestem wścibski, ale co to tak właściwie znaczy?
-Nie jesteś wścibski tylko ciekawy, a to różnica, a i mów mi Viola- większość osób tak mówi. A Kristen to tak jakby moja córka, ponieważ ktoś ją mi podrzucił i ja zobowiązałam się opieki nad nią. Moi rodzice jeszcze nic nie wiedzą. Jak przyjmą, że to ich córka to okey nie będę się buntować, ale chyba wolałabym, żeby zostawili mi ją. Ot i cała tajemnica.- Viola wyjaśniła mi wszystko, już się nie martwię, chociaż to, że nie ma dziecka nie oznacza, że nie ma chłopaka. No szlag kolejny problem sobie znalazłem.
-Lubisz dzieci?- spytałem
-Jak ma się 4 młodszego rodzeństwa to jak można nie lubić, ja je wprost uwielbiam, kocham. Od dawna marzyłam o tym, żeby mieć dziecko, tak wiem, że to dziwne, ale ja już tak mam, po prostu mając dziecko miałabym kogo kochać i czułabym się kochana. I teraz moje marzenie się powoli spełnia.- odpowiedziała mi. Na tym to polega, już wszystko jasne, nie ma chłopaka, bo jakby miała to miałaby kogo kochać. Chłopaków zastępuje rodzeństwem.
-No coś to nie jest dziwne. Ja od zawsze chciałem mieć psa z tego samego powodu.- uśmiechnąłem się do niej, a ona odwzajemniła mój gest. Chyba sprawiłem, że zapomniała o zawale babci. Jak do niej podszedłem była w rozsypce, płakała i nie wyglądała najlepiej. A teraz rozmawia ze mną i jeszcze się uśmiecha. To dobry znak.
-Ale przecież Ty miałeś dziewczyny, więc kochałeś i byłeś kochany, a poza tym masz pewnie normalną rodzinę- drugą część dodała ciszej, prawie szeptem. Coś jest nie tak, normalną? Widzę, że to dla niej nie zbyt łatwy temat, więc zostawmy to na później.
-Tak kochałem i byłem kochany, ale to nie trwało długo, a jakbym miał psa to trwało by to dużo czasu.- powiedziałem, odpuściłem sobie wzmiankę o rodzinie, bo jak to mówiła, to stała się smutna i choć zerknąłem tylko na chwilkę to zdążyłem zauważyć ból w jej oczach. W jej przeszłości wydarzyło się coś bardzo złego i bolesnego dla niej więc to pomińmy, kiedyś mi o tym powie- wierzę w to.

*Oczami Violetty*

Uff... Albo nie usłyszał, albo specjalnie opuścił wzmiankę o rodzinie. Ale to dobrze, nie jestem jeszcze gotowa, żeby o tym mówić. Wróćmy więc do psów. Długo się nie odzywam, muszę przerwać ciszę.
-A jakiej rasy chciałeś mieć psa?- spytałam, serio mnie to interesowało, ciekawe czy mamy podobny gust?
-Zawsze chciałem mieć Gordona- odpowiedział mi.
-O! Ja też wolę duże psy. Podobają mi się: Samoyedy i Bereńskie psy pasterskie. A o takiej rasie jak gordon to nie słyszałam.
-To jak seter irlandzki, tylko, że większy, a do tego czarny z rudym tzw.: „krawatem”. Samoyety są piękne, ale nie bezpieczne.- odparł
-Już chyba wiem o jakim psie mówisz. Wiem, że niebezpieczne, dlatego nie mam takiego psa, w sumie to nie mam żadnego.- uśmiechnęłam się do niego, co zaraz odwzajemnił. Tak dobrze rozmawia mi się z Louisem, że nie zauważyłam kiedy podjechaliśmy pod szpital. Chwila ja na czas rozmowy zapomniałam o babci. Ale ja jestem tępa. Wysiadłam, a Louis pomógł mi wynieść wózki. Julka złapała za jeden, a ja za drugi.
-Dzięki Louis, może następnym razem spotkamy się w przyjemniejszych okolicznościach?- podziękowałam, zadałam pytanie retoryczne i uśmiechnęłam się.
-A z powrotem nie będziesz potrzebowała podwózki?- spytał
-No faktycznie przydałby się, ale nie chcę Cię fatygować, bo u babci będziemy raczej długo.- powiedziałam
-I ktoś w tym czasie, tym kimś będę ja popilnuje dzieci. Zostanę z nimi na korytarzu i poczekam na Was i tak nie mam nic do roboty.- odparłem
-Serio? Kochany jesteś.- powiedziałam i rzuciłam się Louisowi na szyje, gdy uzmysłowiłam sobie co robię zrobiłam się czerwona, ale Louis mnie przytulił i wyszeptał do ucha:
-Tak, serio, ale będziesz mi musiała dać swój numer.
Odszepnęłam:
-Dziękuje i nie ma sprawy, będziesz miał mój numer, ale pójdziemy kiedyś razem na spacer.
-Z Tobą na koniec świata mogę iść- odszepnął. Uśmiechnęłam się do niego i odsunęłam się. Również się uśmiechnął.
-Idziemy?- spytała chyba trochę zdenerwowana Julka. Bynajmniej z jej twarzy nie można było odczytać, że jest zdenerwowana, bo uśmiechała się do mnie szeroko, a jak Louis ruszył przodem puściła mi oczko i szepnęła:
-W domu mi wszystko opowiesz. Po tym co wyszeptała już wiedziałam, że cieszy się moim uśmiechem na co zareagowałam jeszcze większym. Jezu, Viol co Ty wyprawiasz?! Dziewczyno ogar, Twoja babcia jest w szpitalu, a Ty właśnie do niej idziesz. Zamiast szczerzyć się jak głupia to powinnaś być smutna. Chyba moje emocje są zbyt tępe, żeby to pojąć. Dopiero jak weszłam do szpitala uśmiech zszedł mi z twarzy, a zamiast niego pojawił się ból i smutek. Poczułam pod powiekami łzy, zamrugałam kilkakrotnie, żeby je odgonić. Serio jestem psychiczna, najpierw szczerze się jak głupia, a potem prawie ryczę. Wspomnienia nie wracajcie teraz, proszę was poczekajcie aż będziemy w domu, aż zamknę się u siebie. Tylko nie teraz, tylko nie teraz. Za późno... 

  
Hej :) Jest 23, zaczyna się dziać ;)

Pomyślałam, że bez sensu jest wymuszać komentarze więc im więcej będzie komentarzy tym szybciej rozdział :) Rozdziały będą się pojawiały najpóźniej od 3 do 5 dni, a nawet wcześniej ;)

Trzymajcie się,
Luśka :***
  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz